Archiwum | Styczeń, 2013

Wybory w USA były ustawione

22 Sty

Barack Obama został właśnie zaprzysiężony na kolejną kadencję, więc tę straszną prawdę można ujawnić. Wybory prezydenckie w USA były ustawione. Oto dowód:
votamatic

Jak widać na załączonym obrazku już w czerwcu 2012 znany był niemal dokładny wynik wyborów. Diagram pochodzi ze strony politologa z Emory University Drew Liznera. (Pokazuję wykresy z głosami elektorskimi, ponieważ z uwagi na dziwaczny system wyborczy USA to one mają kluczowe znaczenie, o czym przekonał się w 2000 roku Al Gore).
Kto ustawił wybory? Odpowiedź jest bardzo marksistowska: ekonomiczne fundamenty. Lizner bazował w swojej prognozie na modelu Alana Abramowitza znanym jako „time for change”. Według Abramowitza jednym z kluczowych predyktorów zachowań wyborczych jest dynamika PKB. Samo w sobie nie jest to może przesadnie szokujące. Oparte na różnych zmiennych ekonomicznych tzw. modele fundamentalne dość dobrze (jak na nauki społeczne i relatywnie niewielki zasób dostępnych danych) radzą sobie z przewidywaniem wyniku amerykańskich wyborów prezydenckich. W tym przypadku ekscytujaca jest stabilność.
Podobnie stabilne krzywe zobaczymy zresztą w prognozach opartych na agregacji sondażyk, jak model Nate’a Silvera:

538

Czy mój ulubiony model Sama Wanga:
EV_history

Wszystkie te prognozy, różnymi metodami pokazują jedną rzecz: w trakcie całej kampanii nie było momentu, w którym wynik Obamy spadłby poniżej 270 głosów elektorskich. Ta historia ma kilka ciekawych aspektów.

Po pierwsze, jakie jest rzeczywiste znaczenie komunikacji politycznej i marketingu? Kandydaci łącznie wydali  astronomiczną sumę niemal miliarda dolarów na reklamę polityczną. Ta kwota nie obejmuje wydatków tzw. Superpaków i pieniędzy wydanych na inne formy perswazji. Według różnych szacunków, łącznie na kampanię 2012 przeznaczono 6 miliardów dolarów. Mimo to, niebieska i czerwona linia na wykresie Liznera ani drgnęły, a układ polityczny przed wyborami jest dokładnie taki sam jak po wyborach. Ten komunikacyjny potlacz jest moim zdaniem kolejnym argumentem na rzecz hipotezy efektów minimalnych.

Druga kwestia dotyczy sondaży. Pomimo pojedynczych wahań  ich średnie, czy mediany (u Wanga) okazują się bardzo stabilne. W Polsce nikt z medialnych „panditów” jakoś nie zauważył tego zjawiska. Zupełnie serio komentuje się 5, 10 czy 15 punktowe skoki w sondażach. Mechanizm jest zawsze taki sam. Wybiera się jakieś pseudowydarzenie i łączy je z ruchem sondażowym. Najbardziej zabawnie jest kiedy miesiąc później pokazuje się sondaż z 10 punktowym ruchem w drugą stronę, a medialni wróżbici bez zmrużenia oka znajdują jakieś inny pseudoevent, który za to odpowiada.  Ostatnio ktoś powiązał 5 punktowy spadek PO w jakimś sondażu ze sprawą fotoradarów. Gdyby tylko ci głupi Amerykanie wiedzieli, że wystarczy trochę fotoradarów, żeby pchnąć opinię publiczną o 5 punktów.
Inna sprawa to obraz kampanii jaki nam prezentują media. Oto kilka nagłówków z naszej quality press:

rzepa1

wyborcza1

rzepa2

wyborcza2

Wynik wciąż wisi na włosku, walka trwa do końca, idą łeb w łeb, jeden drugiego nokautuje itd. Te tytuły idealnie wpisują się w schemat, które określa się mianem ramy gry (strategy coverage):

1. w centrum zainteresowania jest wygrywanie i przegrywanie;

2. dominuje język wojny, gry i rywalizacji;

3. kampania jest przedstawiana jako fabuła z aktorami, krytykami i widownią,

4. w centrum stawiany jest sposób odgrywania roli, styl i percepcja kandydata;

5. duży nacisk kładzie się na sondaże i wyniki kandydatów.

Opisywałem już to zjawisko przy okazji kampanii z lat 2004-2007. Znalazłem nawet dość starą prezentację, w której jest trochę kejsów z 2007:

Agregacja sondaży, modelowanie statystyczne i generalnie relacjonowanie kampanii oparte na mierzalnych danych empirycznych jest śmiertelnym wrogiem ramy gry. Kampania to rozrywka. Jeśli prawdziwym jej obrazem jest wykres Liznera, to nie ma jak snuć ekscytujących narracji o wojnie, wyścigu i teatrze. Wrogość, czy wręcz wojnę narratorów z jajogłowymi widać było bardzo dobrze w amerykańskich mediach. Wygrali jajogłowi, ale było ciężko.
Nie wiem, czy w Polsce doczekamy się szybko agregatorów sondaży, jestem jednak pewien, że usłyszymy jeszcze wiele bajek o tym, jak mrugnięcie Tuska, bądź grymas Kaczyńskiego spowodował zmianę opinii publicznej, podczas gdy owa „zmiana” jest w rzeczywistości artefaktem wynikającym z zastosowania najtańszej możliwej metody badawczej.
Reklamy

Publikuj i zgiń (w długim ogonie)

6 Sty

Jak wiadomo styczeń jest miesiącem sprawozdawczości, zliczania punktów i tworzenia zestawień. Autor bloga scatterplot zamieścił interesujący ranking  cytowań prac socjologicznych. Nie jestem socjologiem nauki więc prawdopodobnie odkryję tu Amerykę dawno zamieszkaną przez jakichś Wikingów, ale te dane wydały mi się ciekawe. W zestawieniu znalazły się 1563 artykuły z 47 amerykańskich czasopism socjologicznych. Artykuły opublikowano między 1 grudnia 2011, a 30 listopada 2012.
Czołówka wygląda tak:
top10

Na razie nic szokującego. Na pierwszych miejscach dystynkcja, kapitał społeczny, teoria ugruntowana, metafora teatralna. Można powiedzieć „złote przeboje” socjologii. Ciekawie zaczyna się robić kiedy przyjrzeć się całej liście. W zestawieniu za sam tylko 2012 rok jest 27674 różnych pozycji. Prawie 30 tysięcy tekstów cytowanych w jednym tylko roku. Ilu opublikowanych prac w ogóle nie zacytowano?

Myślę, że doszliśmy do punktu, w którym socjologię (i dowolną inną naukę) ogarniają już tylko roboty indeksujące.

Ponieważ jestem wzrokowcem zrobiłem z tej listy wykres:
długi ogon socjologii

Czytelnicy znanej książki Chrisa Andersona dostrzegą tu oczywiście (bardzo) długi ogon. Mediana cytowań wynosi 1, średnia 1.738. Indeks Giniego dla tego rozkładu to 0.336. Z tej listy 17814 (64%) prac jest cytowanych tylko raz. Zaledwie 4% tekstów cytowano 5 i więcej razy. Przypominam, że mówimy o 1563 artykułach w 47 periodykach. Tak więc, jeśli ktoś nie jest drugim Pierrem Bourdieu to w najlepszym razie czeka go długi ogon z 20 tysiącami towarzyszy.

Oczywiście tytuł wpisu jest prowokacyjny. Z lektury Andersona wynika, że ogon był kiedyś dużo krótszy. Digitalizacja, filtry i wyszukiwarki sprawiły, że do tej pory niewidoczne prace znalazły się w bibliografiach. Zatem jasna strona jest taka, że w długim ogonie jednak się tak zupełnie nie ginie.

Myślę też, że zbliżamy się do definitywnego końca umieszczania tekstów naukowych na sprasowanych, martwych drzewach. To do czego trudno dotrzeć, co nie da się tagować, przeszukiwać itd. po prostu zniknie. Tymczasem  Societas/Communitas (9 punktów!) mojego szacownego Instytutu wciąż jest tylko na papierze.

Edit 13.02.2013: Okazuje się, że Societas/Communitas jest dostępny online na platformie ceeol.com zatem muszę zwrócić honor.