Archive | Listopad, 2016

Jeszcze o ogonie merdającym psem

14 List

Tekst, w którym pozwoliłem sobie napisać, że media niepotrzebnie ekscytują się najstabilniejszą kampanią w historii wywołał pewne zamieszanie. Szczególnie kiedy okazało się, że wbrew modelom predykcyjnym opartym na sondażach Trump jednak wygrał w kolegium elektorskim (zagłosowało na niego jednak mniej wyborców, o czym warto pamiętać). Na szczęście inaczej niż Sam Wang z Princeton Election Consortium nie założyłem się, że zjem robala jeśli „The Donald” dostanie więcej niż 240 głosów elektorskich. Entomofagia mi nie grozi, ale komentarze uświadomiły mi, że użyłem w swojej argumentacji za dużo skrótów myślowych. Spróbuję to naprawić.

Najpierw wyostrzę  i wyklaruję swoje tezy. Po pierwsze, medialny obraz kampanii wyborczej (także tej ostatniej) jako niezwykłego, ekscytującego spektaklu jest symulakrem. Dominacja takiego obrazu kampanii jest długoterminowo szkodliwa. Koncentracja mediów na spektakularyzacji kampanii jest z punktu widzenia racjonalnego wyborcy pozbawioną sensu stratą czasu, która sama sobie przeczy. Kryzys dziennikarstwa opartego na danych (data journalism) nie polega na tym, że wynik wyborów jest nieprzewidywalny, czy na tym, że agregacja sondaży tym razem zawiodła, tylko na tym, że zostało podporządkowane logice spektaklu.

Dzień świstaka

Dominujące w mediach podejście do relacjonowania kampanii i polityki w ogóle można za Cappellą i Jamieson określić mianem ramy gry (strategy coverage). Ta rama polega na opisywaniu kampanii jako mieszanki spektaklu teatralnego z wydarzeniem sportowym i wojną. Media oceniają występy w debatach (teatr), zagrywki i chwyty medialne (wojna) i postępy w wyścigu (sport). W poprzednim tekście pokazałem działanie tej ramy na przykładzie wypowiedzi Piotra Kraśki, który twierdził na kilka dni przed wyborami, że „to mogą być najbardziej zacięte wybory od dziesięcioleci i to kto je wygra jest absolutnie nieprzewidywalne”.  To, że wynik wyborów był odmienny od przewidywań modeli predykcyjnych, niektórzy komentatorzy potraktowali jako dowód na to, że ta medialna rama była prawdziwa, a ekscytacja dziennikarzy słuszna. Problem w tym, że jeśli wierzyć mediom, niemal wszystkie kampanie wyborcze są najbardziej zacięte w historii i nieprzewidywalne:

game-frame-002

Zawadzki i Kraśko używają tych samych słów, fraz i metafor do opisu wyborów. Jednak w 2012 modele predykcyjne niemal bezbłędnie przewidziały wynik wyborów w USA, również w kolegium elektorskim. Podobnie jak w 2016 obraz kampanii jaki wyłaniał się z agregacji danych sondażowych nie potwierdzał tezy o labilności preferencji wyborców i jakichkolwiek istotnych efektach „zaciętej walki” o ich serca i umysły (poniżej przykład analizy Drew Liznera):

votamatic

Nie przeszkodziło to dziennikarzom twierdzić, że to najbardziej zacięte i nieprzewidywalne wybory w historii. O nieprzewidywalności wyniku, miała przesądzić „zacięta walka” sztabów wyborczych prowadzona do ostatniej chwili. Według Kraśki w ostatnich dniach kampanii 2016 miało się pojawić „tysiące nowych informacji”, które zmobilizują zdemobilizowanych, przekonają nieprzekonanych, i zmienią przekonania przekonanych. Trudno jednak w mediach znaleźć przykład wyborów, w których nie było zaciętej walki do końca:game-frame-003

Zdaniem Kraśki, o niezwykłości wyborów w 2016 miały świadczyć bezprecedensowo małe różnice w sondażach, nie notowane od 2000 roku. Jednak według mediów niemal w każdych wyborach występują niezwykle małe różnice w preferencjach wyborczych:

game-frame-001

Media zamieniają wybory w spektakl niezależnie od tego jaki obraz kampanii wyłania się z najszerzej rozumianych danych empirycznych. Rama gry dominuje kiedy sondaże trafiają w punkt jak i wtedy kiedy mylą się, jak w przypadku kampanii 2016. Dla medialnego obrazu kampanii nie ma znaczenia, czy agregatory sondaży przewidują dokładny wynik z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, jak to miało miejsce w 2012, czy przeszacowują szanse jednego z kandydatów jak w 2016. Medialny obraz kampanii nie ma związku z mierzalną empirycznie, obiektywną rzeczywistością. Jest czystym symulakrem.

Nerwica obsesyjno–sondażowa

Może jednak  to wizja stabilnych kampanii wyłaniająca się z agregacji sondaży jest symulakrem zasłaniającym prawdę? Może wszystkie kampanie wyborcze to najbardziej zacięte w historii walki, w których wszystko zmienia się w ostatniej chwili? Oba sposoby patrzenia na kampanie wyborcze bazują na tych samych danych: sondażach. Modele i agregatory różnią się od medialnych narracji celami i procedurami przetwarzania tych informacji. W medialnej ramie gry sondaż jest albo newsem, albo kontekstem dla newsu. W pierwszym przypadku media wybierają najbardziej wartościowy medialnie – zazwyczaj pokazujący najbardziej odmienny wynik od pozostałych – sondaż i łączą go z którymś z pseudowydarzeń kampanii.  Sondaże – często specjalnie zamawiane – mogą też służyć do szybkiej oceny efektów pseudowydarzeń kampanii (np „zwycięstwa” w debatach). W obu przypadkach komentariat opakowuje ten związek w odpowiednią narrację, metaforyzuje, dodaje buzzwordy i bon moty i news gotowy.

Bez sondaży „gamifikowanie” kampanii jest niemożliwe.  Tylko one dostarczają skwantyfikowanej i „obiektywnej” informacji o tym kto „wygrywa”. Zapotrzebowanie mediów na kampanijny spektakl generuje  absurdalną ilość (bo nie można już chyba mówić o liczbie) sondaży. W kampanii 2016 roku Drew Lizner zagregował 1371 stanowych sondaży, Agregator huffington post zawierał 376  sondaży ogólnokrajowych. W obu przypadkach były to tylko sondaże wyselekcjonowane pod kątem jakości z większego zbioru opublikowanych.

W 2004 te masy danych zaczęto agregować. W dyskurs kampanii  zaczęło mieszać się dziennikarstwo opierające się na danych (data journalism). W 2008 agregowanie sondaży i tworzenie predykcji spopularyzował Nate Silver. Przedstawiciele tego nurtu używają tych samych sondaży co „narratorzy” tylko w inny sposób. Agregacja sondaży eliminuje stronniczość selektywnej ekspozycji pojedynczych badań. Uśrednianie wyników teoretycznie lepiej pokazuje trendy i redukuje błąd pomiaru. Idealistycznym celem takich zabiegów – początkowo prowadzonych głównie jako działalność non-profit hobbystów i naukowców – było sprowadzenie medialnej roli sondaży do właściwych proporcji. Próbowano przesunąć koncentrację mediów i wyborców z kampanijnej gry na programy polityczne kandydatów. Dziennikarze uwolnieni od komentowania statystycznego szumu mieli się wreszcie skupić na sednie polityki. To się nie udało.

Ogon merda psem

W latach 2004-2012 uśrednione sondaże  i bardziej zaawansowane metody prognozy wyniku wyborów okazywały się trafne. Media nie zrezygnowały, a wręcz nasiliły  ramowanie kampanii jako gry. Jak już pisałem, w 2016 CBS, ABC i NBC poświęciły w całej kampanii zaledwie 32 minuty na kwestie polityczne. Badania Uniwersytetu Harvarda z okresu okołokonwencyjnego pokazują, że sondaże stanowiły 20% relacji medialnych, podczas gdy kwestie polityczne 8%:

Agregatory i modele predykcyjne poddały się logice medialnego spektaklu. Ich twórcy, pośrednio lub bezpośrednio stali się częścią  mediów głównego nurtu i  komentariatu. Nacisk z komentowania pojedynczych sondaży zamiast na politykę przeniósł się na komentowanie agregatorów sondaży. Zamiast stać się lekarstwem na obsesyjno-kompulsywne zainteresowanie mediów sondażami agregatory pogłębiły problem wzmacniając ramę gry aurą scjentyzmu. To jest ich największa porażka a nie przeszacowanie szans Clinton.

Najważniejszym punktem mojej krytyki, w tym i poprzednim tekście jest wskazanie, że koncentracja mediów na kampanii (i polityce w ogóle) jako spektaklu kosztem informacji o kwestiach politycznych wymknęła się spod kontroli.  Ta obsesja jest nie tylko zupełnie nieracjonalna, ale także długoterminowo szkodliwa. Jeśli, jak chce konwencjonalna mądrość mediów, kampanie są tak niezwykle zacięte i do ostatniej chwili nieprzewidywalne, to jaki jest sens zamawiania 1747 sondaży?  Po co przez wiele miesięcy poświęca się 90% czasu antenowego na analizowanie kto i dlaczego aktualnie prowadzi, skoro wszystko i tak zmieni się na chwilę przed głosowaniem? Przecież prędzej czy później nadejdzie dzień, w którym ze 100% prawdopodobieństwem będziemy wiedzieć kto wygrał. Kandydat(ka) A albo kandydat(ka) B zostanie prezydentem albo premierem. Wybrańcy zaczną realizować politykę, która będzie miała długoterminowe konsekwencje dla milionów ludzi. Czy nie lepiej dla jakości decyzji wyborczej byłoby poświęcić  trochę więcej niż 8% czasu na dyskusję o tym, jakie to będą konsekwencje? Przecież wyborcy, inaczej niż kibice sportowi mają realny wpływ na wynik „meczu”.

Media są w głębokim kryzysie ekonomicznym, walczą zajadle o kliknięcia, wyświetlenia i słupki oglądalności. Gra nie tylko się sprzedaje ale jest też bardzo tania. Nie przypadkiem zacytowane przeze mnie relacje z kampanii wyglądają jakby były napisane przez boty. Spektakl ma lepszą relację koszt-efekt i trudno oczekiwać, że te proporcje nagle się odwrócą. Doszliśmy jednak do punktu, w którym ogon merda psem. Można by stwierdzić, że to tylko nieszkodliwa zabawa, gdyby nie to, że to opakowywanie polityki w spektakularne wyścigowo-sportowo-teatralne narracje prowadzi do narastającego cynizmu wyborców. Ten zaś podkopuje legitymację instytucji politycznych i wspiera siły antydemokratyczne.

Informacje o śmierci sondaży są przedwczesne

Ilekroć zdarza się sondażowa wpadka, w mediach pojawia się krytyka niedokładnych sondaży i nietrafionych prognoz. Większość tych krytycznych głosów jest jednak podszyta hipokryzją. Tej części świata medialnego, która czerpie zyski ze spektakularyzacji kampanii nie zależy na tym żeby sondaże były dokładne, tylko na tym żeby miały wartość medialną. Te dwie cechy nie idą w parze. Dokładne sondaże nie są wartościowe medialnie, bo nie pokazują tak dużych wahań poparcia jak te mniej precyzyjne. Dodatkowo precyzja badania wiąże się ze wzrostem jego kosztów. Z kolei ci, którzy traktują sondaże jako narzędzie wpływu, nie potrzebują wyników dokładnych, tylko „słusznych” ideologicznie bądź partyjnie.  Jednym i drugim trudno się obyć bez sondaży, dlatego żadna „porażka” sondażowa nie przerwie strumienia nowych danych.

Dziennikarstwo  „wyścigu konnego” różni się od data journalism jedynie sposobem przetwarzania tych samych – jak chcą niektórzy „śmieciowych” – danych. Data journalism oparte na otwartej (często również na krytykę w systemie peer-review) metodologii ujawnia i eksponuje stronniczą selektywność dziennikarstwa „wyścigu konnego”, zarówno motywowaną rozrywkową nadideologią mediów jak i partyjną socjotechniką. Gra wcale nie toczy się o eliminację złych sondaży tylko o to, kto i co kontroluje przetwarzanie i prezentację tych danych, a tym samym sposób relacjonowania kampanii i polityki w ogóle. Data journalism przegrywa w tej grze i ostatnia  „wpadka” jeszcze pogorszy sprawę.

Dramat kontra dane, albo o ogonie, który macha psem

5 List

Przy okazji każdej kolejnej kampanii, szczególnie prezydenckiej w USA, nieodmiennie fascynuje mnie zdolność dziennikarzy do zbudowania dramatu z niczego. Najnowszej ilustracji dostarczyła mi wypowiedź Piotra Kraśki na portalu wyborcza.pl. Kraśko zaczyna budować suspens stwierdzając, że 20% z tych, którzy pójdą na wybory nie wie jeszcze na kogo zagłosuje. Słysząc to chciałoby się niczym „The Donald” w trakcie debaty z Clinton wykrzyknąć: „Wrong!”. Amerykańskie społeczeństwo jest najbardziej spolaryzowane w historii:

polaryzacja

a tzw. floating voters są gatunkiem na wymarciu:

floaters
To są najbardziej nudne i stabilne wybory od dekady:

a poparcie sondażowe waha się najmniej w historii wyborów:

 

Zaprawdę nie wiem skąd on wziął te 20% niezdecydowanych.

Potem Kraśko stwierdza, że wybory są kompletnie nieprzewidywalne i  jeśli ktoś mówi, że wie jaki będzie wynik wyborów to jest kompletnie niepoważny. I znowu „Wrong!”

Otóż cała masa dość poważnych ludzi, którzy zawodowo zajmują się statystyką od co najmniej trzech cykli wyborczych trafnie prognozuje wyniki wyborów np. Sam Wang z Uniwersytetu Princeton, czy Drew Lizner z Uniwersytetu Emory. Wszyscy oni jednoznacznie, od miesięcy wskazują że wybory wygra Hillary Clinton. Różnią się tylko metodologią i oceną prawdopodobieństwa. Lizner daje HRC 90%, Wang 99% szans.
Następnie red. Kraśko rozwodzi się nad tym ile jeszcze nowych informacji, które zmienią wynik wyborów pojawi się w ostatnim tygodniu za sprawą sztabów wyborczych. Za tą tezą kryje się dość zabawna koncepcja wyborców jako ludzi, którzy w trakcie trwającej półtora  kampanii roku z dwiema konwencjami, dziesiątkami debat i setkami cykli medialnych z nowymi wrzutkami nie podjęli decyzji ale zdecydują pod wpływem tego ostatniego tygodnia. Drugie jeszcze głębiej zakopane założenie dotyczy tego jak bardzo silny wpływ mają medialne pseudowydarzenia na decyzje ludzkie. Te założenia podpierają sondażowe zmiany poparcia, które mają wszak wynikać z owych medialnych pseudowydarzeń.  Matthew Baum i Phil Gussin wykazali, na przykładzie powracającej sprawy mailowego skandalu HRC, że jest dokładnie na odwrót. To sondaże wpływają na medialne narracje a nie medialne relacje na sondaże Analizując sekwencję zmian poparcia Clinton i pojawiania się mediach informacji o mailach doszli do wniosku, że media wracają do sprawy kiedy poparcie dla Clinton jest wysokie. Dlaczego? Z tego samego powodu dla, którego Kraśko ekscytuje się do nieprzytomności najbardziej stabilnymi i przewidywalnymi wyborami XXI wieku. Media żyją z kliknięć, wyświetleń i słupków oglądalności, potrzebują dramatu. Żeby zrobić dramat z wyborów używają ramy horse race:

1. w centrum zainteresowania jest wygrywanie i przegrywanie;

2. dominuje język wojny, gry i rywalizacji;

3. kampania jest przedstawiana jako fabuła z aktorami, krytykami i widownią,

4. w centrum stawiany jest sposób odgrywania roli, styl i percepcja kandydata;

5. duży nacisk kładzie się na sondaże i wyniki kandydatów.

Problem jest taki, że ogon macha psem. Z badań trzech głównych amerykańskich sieci telewizyjnych wynika, że na kwestie polityczne (programy kandydatów) stacje poświęciły łącznie 32 minuty.

 

TRZYDZIEŚCI DWIE MINUTY.

 

Cała reszta relacji wyborczych to wyścig konny.

 

Tutaj porównanie czasu relacji dot. sprawy maili i programu kandydatki:

 

 

P.S. Hillary nie musi wygrać na Florydzie jak sugeruje Kraśko. Wobec zwycięstwa Demokratów w Nevadzie, które jest praktycznie  przesądzone,  jedyna realna ścieżka Trumpa do 270 głosów elektorskich wiedzie przez Pennsylwanię.

P.S.S. To, że wszyscy prognozujący wynik na podstawie sondaży się pomylili nie znaczy, że media pompujące horse race miały rację. Prawdziwym newsem tych wyborów było nie to, że rezultat był nie do przewidzenia, albo że były niezwykle zacięte tylko, że tym razem wybór będzie miał bardzo poważne, geopolityczne i ekonomiczne konsekwencje dla całego świata i szczególnie naszego poletka. Media zamiast informować o tych konsekwencjach ekscytowały się wyścigiem.